Marisellowy żywot wiejski..., Od ekshibicjonistki...

Wiejski żywot biżuteryjki Mariselli – rozdział pt. „Śmieci”

kosz

Przeprowadziwszy się w przypływie szaleństwa rok temu na wieś, najpierw jedną, potem drugą, nie spodziewałam się, że będzie mi tu całkiem dobrze. Na ogół nie mam bowiem powodów do narzekań – po pierwsze dlatego, że ja zasadniczo cierpliwym człowiekiem jestem, wiele zniosę i rzadko marudzę tak na serio-serio, po drugie zaś dlatego, że prowincja ta, dechami zabita (niezbyt szczelnie, ale jednak gwoździe dobrze trzymają ;)) ma szereg zalet nie do przebicia. Są jednak takie dni, kiedy o wiele wyraźniej widzi się jej niedoskonałości 😉

Otóż jedną z niewątpliwych wad mieszkania na wsi jest fakt, że wywóz śmieci odbywa się – tam dam da ram! – raz w miesiącu. Pal jeszcze licho zimę, szczególnie przy obecnych mrozach, ale wyobraźcie sobie lipcowe upały! Kto się zastanawia, co się dzieje latem w kuble na odpady po miesiącu leżakowania najstarszych z nich, temu powiem tylko, że nowe formy życia z mojego kontenera mogłyby wtedy spokojnie wygrać każdą partię szachów z tymi z mojej lodówki. Z palcem w nosie 😉 Dodam przy tym, że z lodówki nieraz słyszę zażarte dyskusje w stylu: „Dobra, chłopaki, to koło już mamy, teraz weźmy się za to lekarstwo na raka, a potem się pomyśli co dalej”, więc w ciemię bici jej nie zamieszkują 😉

Zastanawia mnie w takich momentach, gdzie się podziewają mądrale z sanepidu, ci co to mojego ulubionego Pana z budką z hot-dogami z bieńczyckiego bazarku wyrzucić potrafili, że niby brak bieżącej wody to taki dramat, ale zupełnie nie przeszkadza im, że jak człowiek zwiejszczony chce w środku lata z końcem miesiąca kolejny kubeł śmieci z kuchni wyrzucić, to drży z obawy, że po otwarciu kontenera muchy mu oczy powybijają 😉 Serio, zanim opracowałam metodę masowej eksterminacji życia kontenerowego, miałam wrażenie, że jak się z niego jakiś robal na wolność wydostanie, to sołtysowi psa zeżre jednym kęsem 😀 No chyba, że bernardyna, bernardyn byłby na dwa.

Musicie przy tym wiedzieć, że przegapienie comiesięcznego terminu wywozu śmieci albo niewystawienie kontenera wystarczająco blisko drogi, którą z gracją rankiem przemyka śmieciara, wiąże się z tym, że zostanie się z nim, pełniutkim do granic możliwości, na kolejny miesiąc i nie ma że boli. Nikt po śmieci nie przyjedzie ponownie za żadne skarby, nawet jeśli dwa tygodnie później śmieciara obskakuje sąsiadów pół kilometra dalej. Nie muszę zatem chyba dodawać, że dzień wywozu jest dla mnie, nienawykłej do kreatywnego radzenia sobie z problemem odpadów za pomocą domowego kotła CO tudzież innych, jeszcze bardziej twórczych metod, dniem świętym, świętszym od własnych urodzin, rozpoczęcia Euro i Święta Matki Boskiej Zielnej razem wziętych. Koszmar z fabułą osnutą wokół wątku przegapienia wywozu zrywa mnie w nocy krzyczącą w poduszkę i  z czołem potem zroszonym 😉

Kiedy więc wczoraj wieczorem z bólem skonstatowalam, że to ostatni poniedziałek stycznia i nazajutrz, o wielkie nieba, nastanie pierwszy wtorek miesiąca, czyli dzień odbioru śmieci, zabrałam się za przerabianie planu dnia, aby od świtu do góra dziewiątej wykroić kilka godzin na przygotowanie kontenera. Bo w moim przypadku nie wystaczy powrzucać odpadów segregowalnych do odpowiednich worów, a kubłem wyjechać ku ulicy, o nie. Oprócz tego bowiem, że wraz z domem wynajęłam piękny ogród i sad, w moim władaniu znalzła się też piwnica, a w niej… wszystko. Piwnica jest zresztą tematem na oddzielny tom opowiadań, dość powiedzieć, że ostatnio znalazlam w niej słoiki z napisem „1974” i zawartością przypominającą żabie udka w formalinie. Od tamtej pory codziennie dla własnego zdrowia psychicznego próbuję sobie wmówić, że ten ciąg cyfr na pewno NIE był datą 😉

Piwnica ta przyprawia mnie o taką traumę, że staram się ją systematycznie ogarniać i gdy tylko z końcem miesiąca w kontenerze zostaje mi ciut miejsca, wynoszę do niego a to jakąś zamiecioną zgniłą cebulę, która wygląda jakby miała z dekadę, a to zakrętki po szamponach, metalowe puszki i inne przyjemności, opowiadania o których Wam oszczędzę, a którymi chyba przede mną palono w piecu, bo nie widzę innego powodu, żeby je tam znosić, a to słoiki z zawartością, na którą brzydzę się choćby patrzeć, a obrzydliwa jestem nieszczególnie 😉

Sami więc rozumiecie, roboty jest, że hoho. Pozbierać po domu plastikowe butelki, pozgniatać i zakrętki odłożyć do specjalnego pudełka, bo jako wnuczka niewyrodna zbieram je dla babci, która wierzy, że tymi zakrętkami pomoże jakiemuś dziecku zebrać na wózek inwalidzki (dlaczego nie mogę po prostu dorzucić się gotówką, zamaist zakrętkami, o to mnie nie pytajcie ;)). Do tego poskładać tetrapaki, papierowe etykietki od szklanych słoików odlepić, wyniuchać zbędne papierzyska w domu i tak dalej, i tak dalej. Kto segreguje, ten wie 😉

Jakby tego było mało, w dniu wywozu muszę także wynieść z piwnicy popiół, który się zebrał w ciągu miesiąca ogrzewania chałupiny, a popiół ten oddzielić przed wyrzuceniem od resztek koksu, bo inaczej w życiu bym się w tym jednym kontenerku nie zmieściła 😉 Z doświadczenia wiem, że to łącznie roboty na trzy-cztery godziny, z czego dobra połowa przed domem.

A oczywiście, oczyyywiiiiiiście, właśnie musiał się wyszykować mróz i zima jak się patrzy! A jakże! Ponieważ jednak wyczytałam w prognozie 16-dniowej, że przed nami kilka dni z -28 na termometrze, zmieniłam perspektywę każącą mi do tej pory uznawać minus sześć za koniec świata i wstawszy z trudem o wpół do piątej zerknęłam przez okno w niemal całkowitą ciemność, a nastepnie pełna chorego optymizmu sama do siebie rzuciłam: „O, minus dwadzieścia dwa. To nie jest jeszcze tak źle!”. Nie no, skądże! 😉

Ponieważ jednak choroba to ostatnie, co mi potrzebne, do załatwiania spraw śmieciowych ubrałam się solidnie. Na górę koszulka na ramiączkach, T-shirt, koszulka z długim rękawem, sweterek, ciepły golf, gangsterska bluza zakoszona bratu (z kapturem!), a na to przeznaczony do prac piwnicznych polar. Z dołem też poszło sprawnie, mądra byłam bowiem nie wyrzucając spodni, które od jakiegoś czasu stopniowo robiły się za duże. Dzięki temu na bawełniane getry, które obecnie zwałoby się leginsami, mogłam założyć lekkie, materiałowe spodnie, na nie dżinsy, a na to wszsytko kolejne dżinsy, które dobre były na mnie 6 miesięcy temu, i kolejne, takie sprzed 10 miesięcy, obecnie piwniczne, brudne jak święta ziemia. Na dłonie rękawiczki rowerowe i rękawice robocze. Założyłabym jeszcze trzecie, w piątek kupione, wełniane, ale w sobotę zdążyłam je już posiać. Po owinięciu się szalikiem i wzuciu trzech par skarpetek zaczęłam się zastanawiać, po co mi w sumie szafa, skoro w tej chwili mogłabym w niej co najwyżej kurz pościerać! 😀

Dwóch par butów, niestety, założyć się nie dało, wdziałam więc robocze drewniaki i wyglądając bardziej przerażająco niż ET skrzyżowany z Buką z Muminków, ruszyłam walczyć z kontenerem, wiadrami, słoikami, worami i wszystkim, co się nawinie. W bojowym nastroju i trzaskającym mrozie po dwóch godzinach ze wszystkim uwinęłam się elegancko, zostało mi tylko to, co mogłam robić w domowym ciepełku (litościwie nazwijmy to ciepełkiem ;))

Ponieważ jednak dochodziła już dziewiąta, a na ulicy było coś podejrzanie cicho, naszły mnie wątpliwości, czy aby jakimś cudem w ferworze pracy śmieciarki nie przegapiłam. Modląc się, żeby nikt mnie w mym zacnym stroju nie ujrzał, ruszyłam  raźno ku drodze zerknąć, czy kontenery sąsiadów nie stoją już przypadkiem opróżnione. Wyglądam i nic. W prawo zerkam, w lewo zerkam – ani pół kontenera, ani pół posegregowanego śmiecia! Nic!

Myślę sobie, co u licha i zmierzając ku domowi układam w kolejności wszystkie nieprzystojące damie słowa, które wyrecytuję Pani z MPO przez telefon, gdy zadzwonie zapytać, czemu nikt mnie, do diaska, nie uprzedził o zmianie terminu wywozu. W połowie drogi, gdy całość nabierała już kształtu ostatecznego, wpadła mi jednak do głowy genialna myśl, że wszakże – ta dam! – dziś mamy jeszcze styczeń, a pierwszy wtorek miesiąca, to, jako żywo, ten za tydzień. Ten, w który ma być nie minus 22, tylko raptem minus 8 stopni. I ten, który miałabym zdecydowanie luźniejszy, niż dzisiejszy. I ten w ogóle pod każdym względem odpowiedniejszy, niż dzisiejszy.

O Zeusie, dodaj mi rozumu, bo dotychczasowa jedna, i to z kotem wspóldzielona szara komórka zdecydowanie przestaje mi wystarczać! 😉

Wypompowana jak balonik po emausie, zakitrana w tonę wierzchniej odzieży, pozbawiona energii i snu o poranku, przygarbiona pod ciężarem własnego nieogarnięcia wykręciłam kontenerem i odstawiłam go na swoje miejsce. I teraz tylko się zastanawiam, gdzie ja, u licha ciężkiego, będę przez kolejny tydzień śmieci wynosić i kocią kuwetę wypróżniać, skoro kosz po kilku godzinach intensywnej pracy załadowany z czubkiem 😉

 

Related Posts

7 komentarzy o “Wiejski żywot biżuteryjki Mariselli – rozdział pt. „Śmieci”

  1. lilavati pisze:

    się nazywa opowiadanko ze swadą:))) przeżyjesz, 2-3 dodatkowe wory postawisz obok kontenera i już!

  2. Powinnaś ten swój żywot opublikować w formie książki 😉

  3. pinki pisze:

    Hmmmm popiół wyrzucasz do śmieci? Zgniłe cebule też? Nie pomyślałaś może o kompostowniku???

  4. Tobatka pisze:

    Kochana – nie zazdroszczę przepraw – ja mieszkam na wsi mniej zabitej, bo wywożą nam śmieci raz na dwa tygodnie, ale latem pilnuję tego terminu z powodów przez Ciebie wymienionych – wprawdzie po 2 tygodniach moje robactwo w szachy z Twoim nie wygra, ale na pewno w ciemię bite nie jest….

    Ale zupełnie na marginesie napiszę – uwielbiam czytać Twoje opowieści na każdy – nawet gnijących śmieci – temat! Masz cudną lekkość pióra (klawiatury?) – zazdroszczę 🙂

  5. falling in pisze:

    🙂 heheheheh mam to samo 🙂 i latem ja do kosza wyrzucać wora ze śmieciami po prostu nie chodzę…poszłam raz i jak otworzyłam to wypełzło to wszystko , śmieci wylądowały pod koszem a ja z piskiem uciekłam do domu bo najbardziej na swiecie boję się larwowatych pełzaków…, u mnie śmieciara jeździ w drugą środę miesiąca oczywiscie też raz w miesiącu, i zwykle jeździła wcześnie rano, mój luby zapominał wystawić a jak śmieciarka jechała i słyszałam ten charakterystyczny odgłos wytrząsania to leciałam w czym tylko byłam ( zwykle w nocnej koszuli lub halce) z tym koszem na ulicę powodując szczere uśmiechy panów śmieciarzy 🙂
    przeprowadziałm się rok temu na drugi koniec wsi, i tutaj jeżdżą zwykle po 17-stej, także teraz jestem ubrana przynajmniej 🙂
    Pozdrawiam!

  6. justinehh pisze:

    W tym moim małym angielskim mieście w lato zastrajkowali śmieciarze, kubły stały pełne i po trzy miesiące, a śmieciary wypatrywało się jak zbawienia, lecąc sprintem po resztę śmieci jeśli się już śmieciarę widziało. A ile szczurów w mieście obrodziło, a jakie wielkie…. 🙂

  7. marisella pisze:

    lilavati – żeby ode mnie jeszcze chcieli takie luźne wory zabierać, ale skąd. Kontener i na tym koniec, ani pół śmiecia więcej 😉 A składowania śmieci obok kontenera staram się ogólnie unikać ze względu na szczury i inne takie, które lubią się, szczególnie zimą, przypałętać do takiego wora z resztkami, do ktorego ewentualnie mają dostęp. Do worków pokuwetowych z kolei ściągają inne koty i rozgrzebują, więc też nie kładę okok kontenera, chyba, że tymczasowo i zamknięte w jakimś szczelnym pudle 🙂

    Pinki – o kompostowniku myślałam, ale postanowiłam o tym pomyśle czym prędzej zapomnieć, bo to zaiste kolejna robota, której bym sobie dodała, szczególnie, że to bardzo mały by był kompostownik, aż chyba niewart zachodu 🙂 Takich organicznych śmieci mam nie za wiele, a jak mam więcej na raz (na przykłd po obieraniu owoców na przetwory itp), zawsze mogę załadować i wynieść do kogoś po sąsiedzku 🙂 A popiół nie wiedziałam nawet, że się do kompostownika dorzuca, ale w sumie powiem Ci, że nie wiem, czy chciałabym, żeby coś, co potem jem, było podsypowane takim czymś, co z kotła po węglu wyciągam, bo ten popiół ani nie pachnie, ani nie wygląda dobrze :/

    Tobatka – no ma się rozumieć, że nie wygra, moje ma dwukrotnie dłuższe szkolenie za sobą 😉

    Falling – u mnie jak już śmieciarę słychać, o ile w ogóle słychać, to znaczy, że już jest zdecydowanie za późno, żeby wybiegać w czymkolwiek albo i bez czegokolwiek ;)))

    Justinehh – znaczy nie tylko u nas takie dorodne 😉 Chociaż, ja, odpukać, szczurów u siebie jeszcze nie widziałam (co nie znaczy, że ich nie ma, bo są z pewnością, jak to na wsi), co najwyżej myszki w sadzie i ogrodzie. No i w ganku, te, które mi koty regularnie przynoszą w ramach prezentowania, że pilnują domu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *