...i inne opowieści dziwnej treści :), ...po służbistkę ;), Od ekshibicjonistki..., Od kuchni, czyli z warsztatu :)

Skarby z Hameryki

skarby

Zachciało mi się sprowadzać materiały do biżu ze Stanów. Nie wiem co mnie podkusiło! Nie pierwszy raz to robię, ale za każdym razem obiecuję sobie, że to już po raz ostatni, a potem następuje powtórka z rozrywki.

A najgorsze jest to, że ze sklepu, z którego często zamawiałam, do Polski towar wysyłają wyłącznie pocztą lub FedExem. Sama doprawdy nie wiem co gorsze – polska poczta czy polski FedEx. Przepraszam, jeśli kogoś urażę, szczególnie jeśli ktoś tam pracuje, ale takich skubanych obiboków i krętaczy to ja jeszcze nigdzie nie spotkałam, jak ciocię Stasię kocham. Nie dość, że za wysyłkę płaci się im kilka stówek, do tego dopłaca się im za to, że raczą paczkę oclić, czy też pośredniczyć w ocleniu, to jeszcze człowiekowi łachę robią, jak kierowniczka masarni w PRLu.

Za każdym razem jak amerykańska paka staje na cle, mnie się podnosi ciśnienie. A stać potrafi nawet miesiąc, a co! No bo najpierw trzeba ludzikom przetłumaczyć fakturę, zazwyczaj ponad pół tysiąca pozycji. Ale ok, procedury, trzeba to trzeba. Potem się człowiek musi wyspowiadać, nieszczęsny, co to też jemu się zachciało sprowadzać. Tak tak… bo państwo nie wiedzą, co to są cyrkonie,  z czego robiona jest żywica epoksydowa, szklane koraliki albo cynowe zawieszki, ani nie kumają, że perły hodowlane dlatego zwią się hodowlanymi, że są hodowlane. Trzeba następnie napisać tysiące oświadczeń przyrzekając, że się nie jest przemytnikiem, że się nie sprowadza gatunków objętych Konwencją Waszyngtońską CITES i tak dalej, i tym podobne.

Wiec siedzi człowiek jak ten dureń i rozkminia fakturę. Szczęście, że Amerykanie skrupulatni są i elegancko zapisują, z czego zrobiony jest dany produkt, podając nawet nazwy gatunków po łacinie. Po wyszukaniu załączników do konwencji, można więc sobie przysiąść i poszukać, czy drewno, z którego zrobiona jest rączka pilnika igłowego jest chronione i niedozwolony jest jego eksport i import, czy też może nie pójdę do kicia za jego zakup. Sama radość, mówię Wam.

Ale nic, to też bym przełknęła. Co trzeba zrobić, to trzeba zrobić i pewnych procedur się nie ominie. Za co więc mam pretensje do tych obiboków FedExowych?

Dzwonię do nich i pytam co z paczką, bo widzę na stronie śledzenia przesyłki, że tydzień leży w Warszawie i ani drgnie. Ano paczka jest i czeka, aż przetłumaczę fakturę. A fakturę skąd mam wyczarować, skoro przyklajstrowana jest do paczki? Oni mi wyślą skan mailem. A czemu dopiero po tygodniu? Bo wczesniej nie pytałam.

Dobra, niech im będzie. Ślijta.

Nie przysłali. Czekam dzień, pół drugiego. Nie ma. Sprawdzam spam. Nie ma. Dzwonię. Nikt nie odbiera. Dzwonię. Nikt nie odbiera. Dzownię. Nikt nie odbiera. Dzownię, dzwonię, dzwonię. Zajęte. Dzwoooooooonię. Jest, hurrra, odebrał pan. Grzecznie, acz stanowczo pytam pana, czy sobie w gumki leci. Pan raczy wyrazić powątpiewanie w przedmiot rozmowy, to jest udaje, że nie wie o co mi chodzi. Tłumaczę więc Panu, iż faktura miała być w mojej skrzynce odbiorczej dwa dni temu, a nie ma. Nie ma? A to on mi wyśle jeszcze raz, musiała nie dojść. Taaaaaa… znam ja ich nie dojść jak własną kieszeń. Gdyby te wszystkie maile, które mieli człowiekowi wysłać, nie dochodziły, to by oznaczało, że ich poczta działa gorzej niż nasza polska poczta w okresie przedbożonarodzeniowym, a przecież wszyscy wiemy, że gorzej się już nie da.

Dobrze, proszę wysłać na wszelki wypadek na dwa adresy: taki i taki, skoro na tamten nie doszło.

Nie doszło…. Jaaasneeee…

Oczywiście, on wysyła w tej chwili. Czekam. Czekam i czekam. Tym razem już nie dwa dni, ale dwie godziny, za to równie bezskutecznie. Dzwonię. Za dziesiątym razem udaje mi się dodzwonić, tłumaczę więc po raz drugi w czym rzecz. Aha, tamtego pana już nie ma, ale mogą mnie przełączyć do kogoś tam kogoś. No to poproszę. Nastąpiła jednak pomyłka, bo zamiast mnie połączyć, pan odłożył słuchawkę. No bo to musiała być pomyłka, prawda? Nie zrobiłby tego specjalnie?

Dzownię i tłumaczę, tym razem jakiejś Pani, po raz trzeci, że fakturę proszę, bo jak nie, to się we mnie zbudzi furiat. Naturalnie, ona już już mi mailem przesyła, powinnam mieć za minutkę w skrzynce. Mhm, jasne. A ja wierzę, bo mam trzy lata i kręcone włosy. Uprzejmie więc prosze Panią, aby zechciała mi poświęcić tę minutę i została przy telefonie, a jak tylko mail dojdzie, to ja jej potwierdzę i rozstaniemy się w pokoju. Sprytna jestem, co nie? To była propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia, więc Pani nie miała wyjścia, poczekała. Mail doszedł. Doszedł proszę Państwa! Doszedł! Alleluja!

No to zwalniam Panią z obowiązku warowania przy słuchawce, dziękuję bardzo i życzę miłego weekendu. Wszak piątek był. Otwieram plik pdf załączony do maila. No jest faktura, strona pierwsza, druga, trzecia, czwarta i piąta z dwudziestu pięciu. Zerkam uwazniej na ten dokument, gdyby się dało, to bym obejrzała kartki z obu stron. Nie ma reszty. No żeby ich pokręciło. Dzwonię. Dzwonię. Dzownię. Nikt nie odbiera. Dzwonię. Odebrał ktoś. Dzieńdobry, moje nazwi…. Piiiiiii. Odłożył słuchawkę. No to pogadałam.

Tego piątku już mi się nie udało dodzwonić, nie odbierali – może liczyli na to, że przez weekend mi ciśnienie zejdzie. Niiiic bardziej mylnego.

Dzwonię w poniedziałek z samego rana. Po tradycyjnej serii telefonów, których nikt nie odbierał, udało mi się wreszcie z kimś połączyć. Iiiiiiihaaaa… Biedny ten człowiek był, ktory miał wtedy nieszczęście podnieść słuchawkę, oj, biedny… Co usłyszał ode mnie to zmilczę, grunt, że w ciągu paru minut wysłał mi fakturę. I nawet doszła! W całości!

Wzięłam się za tłumaczenie i na popołudnie było już gotowe. Wysłałam mailem. I co, myślicie, że po sprawie? Że z górki już? Otóż nie, nieeee…

Faktura wprawdzie wysłana, ale tydzień mija, a paczka dalej ani drgnie, żadnej informacji ani nic. No to dzwonię – jak ja to kocham. Pytam ke pasa, a pan mi na to rozzbrajająco, że jak to co, na tłumaczenie faktury czekają! Co? Wysłałam? No to widocznie NIE DOSZŁO. Para z uszu mi buchnęła i miałam ochotę gościa w łeb przez kabel zdzielić, ale uprzejma jestem, nie? Cywilizowana. To się powstrzymałam. Mówię tylko Panu, że skoro nie doszło (hehe) to ja mu wysyłam jeszcze raz, ale niech będzie uprzejmy poczekać na tego maila przy telefonie minutkę. Dobrze, niech mi będzie, ale on ma dużo pracy, więc się nią zajmie, a mnie wrzuci na hold. Zanim zdążyłam zaprotestować, w słuchawce grała mi już skoczna melodyjka, a po minucie nastała głucha cisza.

AAAAAAAAAAAaaaaaaa! AAA! aaa! A żeby was tam dunder świsnął skubańcy Wy!

Ale co było robić… Dzwonię jeszcze raz, mając zamiar zapytać, czy mój mail z tłumaczeniem dopełzł był. Niestety, nie dane mi było z nikim pogawędzić, bo nawet jeśli ktoś odbierał, to zaraz odkładał słuchawkę.

Dodzwoniłam się z zaskoczenia, po trzech dniach. Pytam – doczłapał mail czy nie doczłapał? Doczłapał. Nieeeemożliwe!!! No i co teraz? Kiedy oclą? No oclą jak oclą, ale żeby oclić, to ja im przecież muszę wysłać jeszcze dwa papierki wypełnione i podpisane, bo tak to oni nie mają upoważnienia, żeby nas reprezentować. Pytam więc pana co za papierek, czy jakiejś konkretnie gramatury i jaki wielki chce ten podpis, bo powoli zaczynam tracić cierpliwość. Pan się uśmiał jak łysa szkapa i wytłumaczył mi, nędznej analogowej babie, że to papierek internetowy, formularz taki, i on mi zaraz prześle. Mailem.

Rozumiecie – mailem.

Jak usłyszałam, że ktoś z FedExu jeszcze chce mi coś mailem wysyłać, to zimny pot moje czoło zrosił i już się powoli zaczęłam żegnać z tą paczką, bo czułam, że za swojego życia to ja jej nie zobaczę.

Wysyłanie mailem formularzy przebiegało mniej więcej podobnie, jak wysyłanie faktury, tylko wymagało kilku dodatkowych telefonów z mojej strony, bo jak już nam Pan wysłał to, co nam wysłał, to się okazało, że to nie to, co trzeba, bo wysłał nam trzy razy formularz na osobę prywatną, a wszakże powinien na firmę.

Nic to, wypełniłam papiery, wkleiłam podpis w jpg, bo tak był wymagany (co za technika, paczpan!) i odesłałam. Po trzech dniach udało mi się nawet potwierdzić, że wszystko dotarło i dowiedzieć się, że do końca tygodnia paczka powinna do mnie wyruszyć.

Nie wyruszyła. W poniedziałek dzwonię więc, choć zaczynam rozważać, czy nie szybciej i taniej byłoby mi się przejechać do tej Warszawy, sprać tam kogo trzeba i wrócić. Gdy już udało mi się z kimś połączyć, co jak wiadomo nie jest takie oczywiste, dowiedziałam się, że nie puszczą mi paczki, bo muszę im jeszcze wysłać oświadczenie, że nie jestem kłusownikiem czy innym typem spod ciemnej gwiazdy, nie handluję gatunkami chronionymi, a w ogóle to muszę im ładnie napisać, ile gram srebra, pereł i cyrkonii mam w paczce, bo inaczej mogiła.

A skąd u licha ja mam wiedzieć ile gram, skoro paczka jest u nich? No niech ich chudy dunder!

Złapałam na sklepowym LiveChacie jakąś babeczkę i przedstawiam jej sprawę, Niestety, ona mi nie może pomóc, może mi tylko powiedzieć jaka jest waga danego produktu (i tak jest dobra, co nie?), ale nie powi mi ile w biglach z cyrkoniami ważą cyrkonie, a ile srebro. Wypytałam ją więc o tyle o ile o co się dało, dokonałam własnych szacunków i wysyłam odpowiedź do FedExu. No cacy, ale jeszcze im muszę odpowiedzieć na parę jakże ważnych pytań, np. czy cyrkonia to kamień półszlachetny czy szlachetny, czy kaboszon, to kamień półszlachetny czy szlachetny i czy perły hodowlane są naturalne czy hodowlane.

No pal licho te perły i cyrkonie, ale kaboszon? Nic to, tłumaczę ludzikom, że kaboszon to taki kamień bez dziurki po prostu, najczęściej z płaskim spodem, i że może być zrobiony z czego dusza zapragnie, z kamienia, z drewna, z muszli, ze szkła, z plastiku czy co tam się komu zachce. No dobrze, oni dziękują, ale nie będą mogli oclić paczki, póki im nie powiem, czy ten kaboszon to kamień szlachetny czy półszlachetny. Więc ja im jeszcze raz, że kaboszon to kształt, a nie materiał, ale oni uparcie swoje. No to im mówię, że to tak, jakby mnie zapytali, czy kula to kamień szlachetny czy półszlachetny. Myślałam, że już zakumają. Myliłam się, oni dalej swoje – szlachetny czy półszlachetny. Poddałam się, przyznam szczerze, pióra mi opadły, więc odpisałam, że półszlachetny. Super, to ich zadowoliło na jakiś czas.

Nie wiem ile jeszcze ten cyrk Din-Dona by trwał, gdyby nie to, że gdzieś zaświeciła moja szczęśliwa gwiazda i w tych wszsytkich przepychankach miałam okazję trafić na jedną jedyną jedyniusieńką osobę, z którą dało się porozumieć, i z nią już tylko korespondowałam. Chwała niebiosom, że stanęła na mojej drodze, bo pewnie paczka hamerykańska dalej stałaby na cle…

A teraz, kiedy do celnego w Warszawei dotarła kolejna paka, te wszsytkie traumatycne wspomnienia powróciły i myślę sobie – po co mi to było? Aż strach chwytać za telefon i wystukiwać numer do agencji FedExu. Pozostaje liczyć na to, że Pani L. L. nadal tam pracuje 😉

Człowiek w starciu z FedExem zawsze ma przerażenie w oczachFedEx? O nie, tylko nie to! Uciekaj, kto może!

Related Posts

Jeden komentarz o “Skarby z Hameryki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *