...i inne opowieści dziwnej treści :), ...po służbistkę ;), Od ekshibicjonistki..., Ogłoszenia i komunikaty

Powoli odmarzam…

mroz

Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu mym nadejdzie dzień wzglednego spokoju, kiedy nic się nie będzie działo. Takie naprawdę nic. Kiedy człowiek siądzie sobie na ganku czy sofie, z kubkiem herbaty w ręku i nie będzie miał żywcem wokół czego myśli opleść. Kiedy nic mu się na głowę nie zawali, kiedy nie zatrzaśnie się w chałupie, kiedy ktoś mu się do tej chałupy nie będzie próbował wtranżolić w sposób nieautoryzowany, kiedy nie pęknie jakaś rura, jakaś inna nie zacznie cieknąć, kiedy nic mu nie zapierdaszą. Kiedy nie będzie trzeba gnać w pocie czoła na pocztę ani ścigać kuriera, który po tygodniu dostarczania paczki radośnie stwierdzi, że adres, pod którym z tym kubkiem herbaty się właśnie siedzi, nie istnieje, bo Pani w wiejskim sklepiku nic o nim nie wie.  Kiedy się nie okaże, że a to w przychodni zaginęło pół karty z informacją z pięcioletniego leczenia, a to w urzędzie nagle brakuje jakiegoś dokumentu.

Czasem myślę sobie, że taki błogi spokój to chyba dopiero, gdy się świat zacznie kończyć, tak po Miłoszowemu, ze staruszkiem po sąsiedzku przewiązującym pomidory, bo póki żyję, szans nie ma, coś się musi zdarzyć. Gdy tylkoz  jednym się ogarnę, coś kolejnego musi nadejść z siłą cyklonu, żebym, nie daj Boże, nie mogła w spokoju popracować, pomieszkać, spać, jeść i żyć jak człowiek 😉

Tym razem Brutusem okazał się komin, przez który w weekend byłam na dobrej drodze ku odejściu z tego świata (zaprawdę powiadam Wam, zainwestujcie w czujnik dymu i czadu, jeśli tylko macie ku temu okruszek powodu). Nie dałam się jednak tak łatwo i żyję, zaiste, ale z zimna funkcje życiowe zwolniły niemal do zera. Na zewnątrz minus dwadzieścia ileś, a ja zostałam bez ogrzewania od niedzieli, zaś od poniedziałku, oprócz tego, w odstawkę poszła praca i wszsystko pokrewne (ograniczyłam się do spraw kluczowych, typu pakowanie opłaconych zamówień, co zgrabiałymi paluchami szło mocno tak sobie), a ja  z pomocą kuzyna i mojego lokalnego anioła stróża zarazem (a raczej – pomagając jemu, bo ja się tylko na wykidajło nadaję, a to on jest mózgiem tego typu prac :)) zabrałam się za rozkuwanie starego komina w wynajmowanym obecnie domu i za murowanie nowego. Wszystko to oczywiście w rześkiej atmosferze góra pięciu stopni. Koszmar, powiadam Wam, ale już się na szczęście niemal skończył (została „tylko” maaasa sprzątania, bo cały dom tonie w gruzie, kurzu i sadzy), a co za tym idzie – i moja praca powoli wraca na właściwe tory – zamówienia powysyłane i zaległości mailowe odpracowane (jeśli jednak ktoś jeszcze czeka na jakąś odpowiedź – niechaj napisze ponownie, może mail nie dotarł lub przegapiłam w ferworze walki :))

No i będą nowości, oczywiście 🙂 Te, które miały być walentynkowe, ale im się przez awarię centralnego ogrzewania nie udało, i te, które miały się w Kopalni pojawić jeszcze w styczniu. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, w lutym będzie się działo, oj będzie 🙂 Postaram się też powoli umieścić na blogu zdjęcia starszych biżutów, które powstawały jeszcze przedświątecznie na indywidualne zamówienia, ale nie było czasu ich opublikować 🙂 Pierwszy komplet z tej serii – już za momencik 🙂

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *