Kulinarnie, Od ekshibicjonistki...

Kuchenne porażki wytrwałej biżuteryjki ;)

Coś mam ostatnio totalnego pecha w kuchni, choć winna jestem sobie sama, nie ma co zwalać na fatum 😉 Zaczęło się od tego, że zachciało mi się wypróbować przepis na chleb bez mąki, czyli tzw. chlebek Klary, którego głownymi składnikami są otręby i biały ser, a robi się go ponoć banalnie prosto. Kupiłam więc składniki, przemieliłam, utarłam, wymieszałam, upiekłam.

Z sukcesów przy tej pierwszej próbie mogę wymienić:
– …
– hmmm…
– …


– hmm… co by tu jeszcze…

– …

i to w sumie tyle 😀

Z porażek? O matulkuuuu… od czego by tu zacząć 😀 Może od tego, co jednak jest jakimś postępem, że dowiedziałam się, że jednak jestem strasznie upartym upierdliwcem, co to musi po swojemu zrobić (i zepsuć ;)). Sama siebie teraz przeklinam, ale co namodziłam, tego już nie odkręcę. Zacznę może od tego, że sama nie wiem, co mnie podkusiło. Jak sama nazwa wskazuje – to jest chlebek Klary, bo pewna Klara jest autorką przepisu. Chlebek Klary – nie Mariselli, nie kogokolwiek, tylko Klary. Klara jest tu szefem, podała przepis i powinnam u licha jej słuchać, a nie kombinować 😀

No ale własnie, ja jak to ja… pomyślałam sobie: w sumie to co ja będę to piekła aż 1,5 godziny – zrobię sobie bułeczko-muffinki Klarowe, będą się krócej robiły i za jednym zamachem upiekę sobie coś tam jeszcze. No taaakkk. Jaaasne. Wpakowałam ciasto na chleb do foremek na muffiny, część do ceramicznych foremek na crème brûlée i hop do pieca.

Wyjęłam no i… takiej porażki w kuchni to dawno nie zaliczyłam. N i e   d o   w y j ę c i a! No nie ma szans! A mówiła Klara? Mówiła? Mowiła! Papierem wykładać formę, bo przywiera. Ale ja nie, no bo co, do teflonu mi przywrze? A skąd! No to mam skąd 😀

Forma do muffinów w ten bohaterski sposób zakończyła swój żywot, niestety, ale trudno, i tak nieczęsto muffiny piekę 😉 W każdym razie wszsytko co było w formie na muffiny zostanie w niej na wieczne czasy.

Za to to, co piekło się w ceramice wyskoczyło samo, bez śladu przywierania, więc zaparłam się rękami i nogami, obkupiłam się w ceramikę do piekarnika postanowiłam w najbliższym czasie powtórzyć pieczenie. Za drugim razem efekt był inny, ale ani ciut lepszy, choć ze zdecydowanie innych powodów 😉

Początkowo wszystko wyglądało całkiem dobrze i uhahana obserwowałam jak góra chlebka się rumieni i pieknie odstaje od formy. A potem, jak po 1,5 godzinie szłam wyciągnąć chlebek, to się okazało, że włączyłam w piekarniku tylko górną grzałkę. A że chlebek leżął na najniższej półce, to jego spód niestety po upieczeniu przypominał bardziej pasztet, niż jakiekolwiek pieczywo 😀

A dziś chodzę na siebie wściekła od samego rana, a nawet od świtu.  Zachciało mi się brać za pieczenie w środku nocy, no i oczywiście efekty są do przewidzenia, a mój wnerw na siebie samą jest aktualnie w fazie kulminacyjnej.

Bo jakim trzeba być baranem, ja się pytam. Człowiek całe życie mysli, że jest stosunkowo ogarnięty, że my zbyt wiele klepek nie brakuje, a tu przy byle okazji wychodzi z niego kompletny osioł, no jak słowo daję.

Otóż wzięłam się wczoraj za zrobienie pieczeni wołowej. Ze dwa dni śliniłam się na jej myśl i załatwiałam sobie 2 kilo pieczeni ze wsi, bo odkąd tam
kupuję, to na nasze wołowe w sklepach jakoś gorzej mi się patrzy. Załatwiłam, zapłaciłam, przywiozłam zdobyczne. Piekny kawał! Obmyślałam jakby to to zamarynować  bez grama tłuszczu i z minimum soli. Nazrywałam majeranku, sranku, oczywiście wieczorem, więc komary mnie pożarły żywcem, posiekałam to wszsytko zapakowałam w foremkę, w woreczek do pieczenia, nastawiłam piekarnik i dobra. Ale żeby piekarnika nie puszczać na 1,5 godziny półpustego (krakowski centuś ;)) stwierdziłam, że zrobię trzecie podejście do chlebka Klary.

Chleb przygotowałam, wsadziłam razem z pieczenią. Sprawdziłam czy idą dwie grzałki. Idą. Spojrzałam na zegarek. Północ. Pięknie – myślę sobie – trzeba teraz poczekać do wpół do drugiej. Zaświatała mi myśl, czy by się nie położyć i nie nastawić budzika, ale szybciutko ją odrzuciłam, bo mnie obudzić jak już śpię, to można tylko gumowym młotkiem, napierdzielając z pięć minut, a że zmęczona byłam, to tym bardziej.

Siadłam więc przed komputerem nadrabiać dalej zaległości w biżupracy. Muszę wszsytko nadgonić przed urlopem (choć coraz bardziej wątpię, czy mi się uda…), więc sypiam ostatnio raczej symbolicznie i to się niestety skumulowało, więc wczoraj o północy już (choć zazwyczaj nie
chodzę spać przed trzecią-czwartą) oczy mi się kleiły totalnie. Ale siedziałam twardo, parę razy podeszłam zobaczyć co z chlebkiem – mniamku, rumiany, piękny, pachnący. Pieczeń się bulgocze we własnym sosie, wszsytko super. Wróciłam, patrzę na zegarek – jeszcze kwadransik, wyłączę piekarnik i niech to sobie stygnie i dochodzi w ciepełku.

Noooo… i poczekalam kwadransik, a potem poszłam spać. BEZPOŚREDNIO.

Niestety moim jedynym dwóm komórkom mózgowym nie udało się zderzyć w porę i nie zakapowałam, że pasuje najpierw wyłączyć ten cholerny piekarnik. Spałam fatalnie, parę razy się budziłam, ale za żadnym sobie nie przypomniałam, o czym trzeba. Ba! Wstałam nawet w nocy i z obłędem w oczach szukałam Fenistilu, bo mi tak napuchły palce i kostki po tych nieszczęśnych komarach, że się spać nie dało. I drzemałam tak jakoś niespokojnie do 4.30, kiedy to z drugiego, najodleglejszego końca domu doszedł do mnie orzeźwiający zapach spalenizny.

Powiem Wam, że myślałam, że się uduszę sama własnymi rękami. No jak słowo daję. Tu już pal licho zmarnowany chlebek Klary, kichał michał piękną pieczeń jako taką, piekarnik do mycia (czego nie znoszę najbardziej na świecie). Staram się tez nie myśleć o tym jaki zacny rachuneczek za prąd mi ostatecznie przyjdzie 😉

Ale kurczę… Dwa dni o tej pieczeni myślałam i ślina mi strumieniami ciekła, a teraz przez swoją głupotę znów muszę iść po jakiegoś nieszczęsnego kurczaka. Nie żebym miała coś przeciwko kurczakom, ale rany… Nastawił się człowiek na coś innego, narobił przy tym jak dziki, nacieszył z
góry jak łysy na wspomnienie grzebienia i guzik z tego.

Że już nie wspomnę o dwóch kolejnych blaszkach, które są do wywalenia, bo odczyścić to mi się ich na pewno nie uda 😉

Niech mnie chudy dunder, jeśli się jeszcze w najbliższym czasie za pitraszenie wezmę. Mowy nie ma! 😀 😀 😀

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *